Cała Ja

Cała Ja

Matka, żona, emigrantka

bez pamięci zakochana w życiu

Justa

  • Home
  • /
  • Cud poczęcia
  • /
  • „Cud poczęcia” według Kasi – Irlandia, Hiszpania, Francja.

„Cud poczęcia” według Kasi – Irlandia, Hiszpania, Francja.

Witam na kolejnym wpis z serii „Cud poczęcia według Polek w świecie”
Dziś Kasia zamieszkująca Francję, tam też odbył się jej trzeci poród, dwa poprzednie miały miejsce w Irlandii i Hiszpanii. 
Zapraszam na ciekawą historię jednej osoby z perspektywy 3 krajów.

 
Jakbym powiedziała 25-letniej sobie, że kiedyś będę mamą trójki dzieci wzięłabym to za niezbyt dobry żart.
Na świecie nie było nawet człowieka z którym chciałabym spędzić resztę życia, a mieć dzieci to już zupełnie
nie było dla mnie! Miałam być wolna i dużo podróżować!
Od tego czasu 3 razy zmieniłam kraj zamieszkania, nauczyłam się nowego języka i jestem spełnioną
mamą.
Nazywam się Kasia, mieszkam we Francji i jest to mój trzeci poza Polską kraj w którym jestem u siebie.
Czuję się dobrze w towarzystwie książek i masowych otwartych kursów internetowych (MOOC). Lubię
języki obce i z ciekawością obserwuję drobne zmiany zachodzące w mojej osobowości związane z
używaniem konkretnego języka. Świat widziany przez wizjer aparatu fotograficznego wydaje mi się
magiczny.
 
Moje ciąże były prowadzone w Dublinie, Irlandia (2006), Jumilla, Hiszpania (2009) i Angers, Francja (2012).
W Dublinie ciąże prowadził lekarz rodzinny. Miałam też chyba 2 wizyty w szpitalu Rotunda, gdzie później
rodziłam.
W Hiszpanii ciążę prowadził położny, ale miałam też comiesięczne wizyty u ginekologa. Rodziłam w
szpitalu w Yecla.
We Francji ciążę prowadziła położna i miałam 2 wizyty w szpitalu CHU. Rodziłam w domu.
 
W Dublinie wiele się mną nie przejmowano (może dlatego, że byłam stosunkowo młoda – 27 lat), miałam
tylko jedno USG na bardzo starym sprzęcie i krew pobierano mi tylko 2 razy w czasie całej ciąży. Szpital
(zabytkowy zresztą) oferował ciekawy kurs prenatalny propagujący rodzenie w pozycji pionowej i karmienie
piersią. Gdy w 39 tygodniu zgłosiłam się (o północy) do szpitala z ostrym bólem pleców nieświadoma, że
rodzę, powiedziano mi, że to pewnie zapalenie pęcherza. Zatrzymano mnie jednak w szpitalu i rano lekarz
zorientował się, że szyjka macicy jest rozwarta na 10cm. Gdy dotarliśmy na salę porodową podano mi jakiś
gaz po którym odechciało mi się rodzić, więc go odstawiłam i urodziłam Gabrysię z pomocą jej taty i
położnej z Hiszpanii. Gabriela urodziła się sina, z szyją okręconą pępowiną, ale szybka reakcja położnej
przywróciła jej zdrowy kolor. Jeszcze w szpitalu moja córka przeszła przez pierwsze szczepienie i
prześwietlenie bioder. Zostaliśmy tam 4 dni, na sali dzielonej z ośmioma innymi mamami., bo córka straciła
zbyt dużo wagi w pierwszych dniach. Inne mamy wychodziły nawet po 24 godzinach. Luzackie prowadzenie
ciąży w Dublinie oceniam mimo wszystko dobrze, odpowiadało ono mojemu stanowi ducha i zdrowia. Od
znajomych słyszałam, że ciąże z komplikacjami były traktowane w tym samym szpitalu bardzo poważnie.
 
W Hiszpanii byłam za to bombardowana analizami krwi i comiesięcznymi usg. Jedna z pierwszych analiz
wykryła zwiększone ryzyko wystąpienia Zespołu Downa. Dostałam tajemniczy list od ginekologa wzywający
mnie na przyspieszoną wizytę. Dopiero po USG lekarz raczył wyjaśnić mi powód tej wizyty, stwierdzając
jednak, że nie trzeba przeprowadzać dalszych badań (amniopunkcja). W tej ciąży też miałam test
obciążenia glukozą. Pod koniec ciąży miałam sesję nasłuchiwania pracy serca dziecka, leżałam
podłączona do aparatury jakiś dłuższy czas, pamiętam, że radzono wziąć nam książkę do czytania.
Prowadzenie tej ciąży było dosyć męczące. Kurs przedporodowy prowadził położny w lokalnym centrum
zdrowia. Sam poród odbył się w sympatycznej atmosferze w szpitalu Virgen del Castillo. Poród był bardzo
naturalny, nie byłam cały czas podłączona do monitora, mogłam się ruszać, siedzieć na piłce. Rodziłam w
wybranej przeze mnie pozycji. Dostałam pojedyńczy pokój i wyszliśmy 2 dni po porodzie na 35 stopniowy
upał. Przed porodem spisałam mój projekt porodu, tzn że nie chciałam aby podano mi oksytocynę bez
wyraźnych wskazań, by dziecko nie było szczepione od razu, chciałam móc rodzić w pozycji poziomej itd.
Projekt ten wysłałam do szpitala, gdzie został on zatwierdzony. Po porodzie musieliśmy jeszcze wrócić do
szpitala raz na naświetlanie, gdyż syn miał żółtaczkę.
 
Gdy zaszłam po raz trzeci w ciążę zamarzył mi się poród domowy. Udało mi się znaleźć jedną z niewielu
położnych we Francji, która zajmuje się takimi porodami. Straumatyzowana podczas poprzedniej ciąży
odmówiłam jakichkolwiek badań mających na celu wykazanie ryzyka wystąpienia zespołu Downa i po
pierwszym bardzo długim i wręcz bolesnym usg postanowiłam już więcej ich nie robić. Moje marzenie o
porodzie w domowych pieleszach stanęło pod znakiem zapytania gdy analiza krwi wykazała konflikt krwi na
jakimś tam pod poziomie (C). Poziom przeciwciał nie był jednak wysoki i zalecono obserwację. W
międzyczasie miałam wyznaczoną wizytę w szpitalu, aby przygotować plan B (gdyby poród domowy z
jakiegoś powodu nie mógł dojść do skutku). Położna uprzedziła mnie, że w szpitalu będą próbowali mnie
zastraszyć i odwieść od pomysłu rodzenia w domu. Wizyta nie była przyjemna, ale wyszłam z niej
zwycięsko, bo gdy lekarka roztaczała przede mną wizję okrutnej śmierci z powodu krwotoku, której to była,
jak mówiła, świadkiem kilka razy miałam refleks stwierdzić, że skoro ona była świadkiem takich scen to
znaczy, że i w szpitalu można umrzeć w wyniku krwotoku. Położna uspokajała mnie potem mówiąc, iż
krwotoki w szpitalach często spowodowane są podaniem oksytocyny. Przeciwciała jednak rosły w siłę i
wiadomo było, że konflikt wywoła silną żółtaczkę. Urodziłam wieczorem w domu, poród był bezproblemowy,
prawie w ogóle nie krwawiłam. Pierwszą noc nasz syn spał na klatce piersiowej taty i mamy zamiennie.
Rano jednak,tak jak umówiłam się wcześniej z położną, musiałam udać się z maleństwem do szpitala na
naświetlania na oddział noworodków, gdzie spędziliśmy 3 dni (ja na wyproszonym łóżku składanym, bo
chciałam karmić piersią i nie zgodziłam się zostawić dziecka samego). Ta ostatnia ciąża była w sumie
najtrudniejsza, głównie ze względu na nagromadzone przeze mnie doświadczenie, jak i podejście
francuskiej służby zdrowia do porodów domowych.
 

od Justy : 

Kasiu na wstępie chciałam ci ogromnie podziękować za wzięcie udziału w moim projekcie. Wiem, że są to wspomnienia bardzo intymne i nie każdy ludzi dzielić się nimi publicznie. 
Wiesz Ja też X lat temu myślałam podobnie jak ty 🙂 o dzieciach sobie po cichu marzyłam ale mąż, JA i mąż – taki się jeszcze nie urodził!!!, jednak życie bywa przewrotne, nieprawdaż 🙂 
W Irlandii prowadzenie ciąży wygląda podobnie jak w Anglii czy Szkocji, mała ingerencja w organizm kobiety jeśli ciąża nie jest zagrożona. Hiszpania hmm profilaktyka super jak najbardziej ale z umiarem wolałabym. A Francja, ciekawe czemu taki nacisk kładą na porody w placówkach? 

Nie mniej jednak, cieszę się, że wszystkie porody zakończyły się sukcesem i raz jeszcze dziękuje za napisanie kilku słów. Pozdrawiam x


 
Dzięki wielkie za odwiedziny i poświęcenie swojego cennego czasu na zagłębienie się w kolejną opowieść. 
Wszystkie poprzednie wywiady znajdziecie T U T A J

Pozdrawiam i zapraszam wkrótce.

justalogo

This is a demo store for testing purposes no orders shall be fulfilled. Zamknij

UA-77360898-1
%d bloggers like this: